Kot-parafianin. Opowieść ludowa

Była kiedyś w górach stara, mała świątynka, prawie przez wszystkich zapomniana, a mieszkał w niej jeden już tylko mnich. Stary był i nawet w czasie modłów przysypiało mu się, dlatego ludzie nazywali go „drzemiącym mnichem”.
Za towarzysza miał drzemiący mnich kota, pięknego kocura pręgowanego, i z nim sobie gawędził.
— Oj, zimno się zrobiło, zimno, czyż nie?
— mówił mnich, a kocur mu na to odpowiadał:
— Niaa!
— Ciepło dzisiaj, ciepło starym kościom, czyż nie? — mówił znów mnich, a kocur mu przytakiwał:
— Niaa!

Któregoś ranka obudził się mnich, sięga po szatę swoją mnisią, ale ona mokra mu się wydała i błotem uwalana. I drugiego dnia tak samo, i trzeciego też. Następnej nocy więc zamiast spać, poświstywał tylko przez nos i udawał, że oddycha równo, a to po to, by się zaczaić na tego, co jego szaty w nocy używał.

I co się dzieje: kocur, który tylko czekał, aż mnich zaśnie, z posłania niespiesznie wstaje, szatę mnisią przywdziewa i do lasu idzie, a mnich po cichutku — za nim! Tak odeszli od świątyni kawałek, aż wreszcie patrzy mnich: oto w lesie kocie zgromadzenie na kota-mnicha czeka. Różne koty tam były: i czarne, i białe, i pręgowane, i w łaty, a każdy usiadł grzecznie, łapki równo koło siebie, i ogonek wokół łapek owinięty. A jak który miał ogonek tak krótki, że do łapek nie sięgał, jak to koty japońskie miewają, to też usiadł tak porządnie jak tylko mógł.

Kocur pręgowany na środek wystąpił i jak u mnicha podpatrzył modły prowadzi i sutry intonuje: Niaaon niaaon niagu! Niagu eee!

Nie czekał mnich końca modłów, tylko do świątyni wrócił i szybko w pościel wskoczył. Ale kiedy rano zbudził się, kot tak przemówił do niego:
— Widziałeś mnie tej nocy, jak kazanie głoszę i sutry śpiewam, więc muszę odejść od ciebie. Ale dbałeś o mnie i tyle lat mnie karmiłeś, jestem ci wdzięczność winien.
Posłuchaj mnie: niedługo będzie pogrzeb w okolicy. Ja tam pójdę i urok rzucę. Żaden inny mnich go zdjąć nie zdoła, tylko ty, więc kiedy cię wezwą, pójdź tam, a gdy sutrę zaintonujesz, urok pryśnie i wszyscy wdzięczni ci będą.
Po tych słowach kocur odszedł i mnich więcej go nie zobaczył. Żal mu było towarzysza bardzo, ale co robić?

I jak kocur zapowiedział, tak się stało: zmarła córka bogacza, który grosza na godny pogrzeb i modły nie żałował. Sproszeni stawili się wszyscy mnisi z okolicy, tylko o drzemiącym mnichu zapomniano.

Patrzą żałobnicy, aż tu naraz trumna w powietrze się unosi, nad ich głowami zawisa i w dół ściągnąć się nie daje. Wszyscy mnisi zaproszeni czym prędzej sutry intonują, różańce wyciągają i zaklęcia rzucają, ale nic nie pomaga. Ojciec zrozpaczony prosi i błaga, by trumnę córki ukochanej na dół ściągnęli:
— Kto trumnę córeczki na ziemię sprowadzi, temu jak rok długi ryżu nie będzie brakować, świątynię mu odnowię, dzwonnicę postawię, bramę wybuduję!

Wciąż jednak trumna jak na urągowisko w powietrzu się unosi. Naraz komuś się przypomniało, że jeszcze drzemiący mnich został, jeszcze on o modły nie został poproszony.
Sprowadzono go więc pośpiesznie i co się dzieje: ledwo sutrę zaintonował, a już trumna powoli na ziemię się opuszcza!

Jak bogacz obiecał, tak i zrobił: mnicha w ryż zaopatrzył, świątynię starą odbudował, bramę piękną na ścieżce postawił i dzwonnicę wybudował. Wierni tłumnie do świątyni przybywali, bo każdy teraz drzemiącemu mnichowi ufał, a nie tym mnichom-darmozjadom, co trumny na ziemię ściągnąć nie umieli.
A drzemiący mnich dalej spokojnie modły odprawiał i czasem przysypiał.

Na podstawie Zbioru baśni japońskich Matsutani Miyoko.

Kotologia...


(C) 2008 Anna Zalewska