Neko-no soshi, czyli Koci zeszyt
Pod rozległym niebem panuje spokój, życie w naszym kraju jest bezpieczne i ciche. Jednakże rządy obecnego cesarza są pomyślne nie tylko dla ludzi, ale i dla wszelkiego rodzaju ptactwa i zwierzyny. Zaprawdę, przewyższają one nawet czasy cesarzy Gyo i Shuna. Oto bowiem w połowie ósmego miesiąca w siódmym roku ery Keicho (1602) wydano nakaz, by koty w stolicy zwolnić ze smyczy i hodować na wolności. Wtedy to wojskowy zarządca stolicy nakazał na skrzyżowaniu pierwszej alei postawić tablicę, na której napisano:

Po pierwsze, koty w stolicy mają być zwolnione ze smyczy i hodowane na wolności.
Po drugie, takoż i sprzedaż i kupno kotów mają być wstrzymane.
Kto złamie te zarządzenia, będzie surowo ukarany. Powyższe podaje się do wiadomości.

I ponieważ takie były te zarządzenia, wszyscy, którzy dbali o swoje koty, poprzyczepiali im u szyj tabliczki. Gdy koty odzyskały wolność, ogromnie się radowały: biegały i skakały, to tu to tam, jak na pikniku. Mogły teraz z łatwością łapać myszy i wkrótce myszy przelękły się, zaczęły uciekac, kryć sie, i przestały biegać po belkach stropowych. A kiedy już przebiegały, to było to niczym skradanie się, bez najcichszego nawet piśnięcia. Czyż mogło być coś lepszego? Wszyscy mieszkańcy stolicy życzyli sobie tylko, by owe zarządzenia były przestrzegane bez ochyby.
Tymczasem w okolicy Kamigyo mieszkał pewien poważany przez wszystkich wyznawca buddyzmu, który porzucił zło i podążał ku dobru. Rankiem modlił się o to, by niebo i ziemia trwały wiecznie, wieczorem zaś o osiągnięcie pokoju za życia i pomyślne odrodzenie po śmierci. Prosił o pożytek dla wszystkich istot tego świata, a zarówno doktryna, jak i tajniki medytacji były dla niego jasne. Tak mnisi, jak i świeccy, mężczyźni, jak i kobiety -- wszyscy ze łzami w oczach mówili o jego niezwykłej doskonałości. Zaprawdę, można by rzec -- wcielony Dainichi Nyorai.
I nie wiadomo, czy to dlatego, iż wieści o jego doskonałości dotarły nawet do ptactwa i zwierząt, ale pewnej nocy ów mnich miał niezwykły sen. Pojawiła się przed nim postać, która wyglądała na mysiego biskupa, i tak przemowiła:
-- Wiem, iż to zbyt wielka smiałość z mojej strony, zwracać się do Ciebie, o czcigodny, lecz dzięki temu, iż los kolejno splatał się właśnie w ten sposób, dzień i noc, rankiem i wieczorem, pozwalałem sobie słuchać Twoich nauk, a ponieważ powiadałeś, iż przez wyznanie win i skruchę niszczy się je, przybyłem, by to uczynić. A kiedy już wyznam ci swoje przewiny i okażę skruchę, to zechcesz może obdarzyć mnie jedną strofką wyrażającą istotę nauki.
Mnich odpowiedział:
-- Jak to możliwe, że coś takiego jak ty, przemawia tak pięknie?
Myśląc, że to naprawdę niezwykłe, mowił dalej:
-- Ponieważ powiedziane jest, iż trawy i drzewa, kraje i ziemie, wszystkie osiagną stan buddy, to wydaje się, iż także i nieposiadające uczuć trawy i drzewa także staną się buddami -- a cóż dopiero stworzenia obdarzone życiem. Kto wzbudzi choć jedną myśl o Buddzie Amidzie, ten zmaże niezliczone winy, serce to właśnie Budda Amida, czysta kraina znajduje się w twoim sercu, nie jest nigdzie daleko stąd -- tak właśnie brzmią nauki, dlatego też nawet wśród ptaków i zwierząt nie będzie ani jednego, które nie osiągnie stanu buddy dzięki tej jednej nauce. Tak więc opowiedz mi o swoich przewinach.
Wtedy mysz przemowiła, ocierając łzy:
-- Oto ostatnio stało się tak, iż koty w stolicy nie są już hodowane na smyczach. Niemal cały nasz rod przepadł, albo uciekając albo ginąc, a ta garstka, jaka pozostała, myśląc tylko o tym, czy przeżyje dziś i jutro, gnieździ się smętnie w fundamentach domów czy pod werandami, a nie może sobie przy tym pozwolić na jedną chwilę nieuwagi. Mieszkamy w dziurach, ale przecież nie jest to tylko jeden czy dwa dni. Jak długo mamy siedzieć w zamknięciu, powstrzymując oddech? Zaś gdy próbujemy wyjść na chwilę na ten padół łez, zaraz nas łapią i przyduszają, odgryzaja głowy i szarpią żywe mięso. Jakże smutne jest, iż w poprzednich wcieleniach nagromadziliśmy karmana, który doprowadził nas do tak strasznego traktowania!
Mnich odrzekł na to:
-- Z prawdziwym bólem myslę o tym, co mi opowiadasz przez łzy. Powierzyłem ci już tę jedną strofę pouczenia, przeto uważam cię teraz za mojego ucznia. Przede wszystkim musisz mi opowiedzieć o tych psotach, za które ludzie was nienawidzą. Kiedy choćby taki samotny mnich, jak ja, czasem zostawi rozłożony parasol, wy obgryzacie raczkę, a kiedy chce podjąć parafianina, to okazuje się, że ugotowana w tym celu na słodko lub słono fasolka zniknęła w ciągu jednej nocy. Niszczycie wszystko, nie rozróżniając, czy to kesa, czy spodnie szaty, wachlarze, książki, pokryte papierem drzwi, parawany, ciastka z suszonych mochi, czy tofu, takie jakie przyrządza się przy szóstej alei w Kyoto. Nic dziwnego, że choćby i najłagodniejszy i praktykujący cnotę cierpliwości kapłan może chcieć odebrać wam życie, a cóż bardziej naturalnego, że zrobi to każdy prostak!
Wowczas mysz odpowiedziała:
-- Mnie także znane są przykłady, jakie przytaczasz, o czcigodny, lecz choć tłumaczę to młodym myszętom, to podobnie jak w porzekadle, iż słuszne napomnienie umyka uszom, a dobre lekarstwo ma gorzki smak, one nie sluchają tego i mowią sobie: "Zróbmy jeszcze coś złego!" Wśród pouczeń, jakich udzielam, są takie: "Przede wszystkim nie narażajcie się na ludzką niechęć. Nie róbcie sobie gniazdek w spranych czepkach czy odłożonych na lato pasach szanownych sasiadów ze wschodu czy północy, ani w fartuszkach, czy cienkich, letnich kimonach, skarpetkach, spodniach, bezrękawnikach, w zakamarkach chińskich kuferków, zawiniątkach czy koszykach kobiet z herbaciarni czy służących. Nie zjadajcie tego, co nie jest pożywieniem, i nie służy do bezpośredniego użytku, nie biegajcie po krawędziach naczyń."
A choć powtarzam im to od momentu, kiedy były jeszcze naguskami, kiedy jeszcze do ubranek miały poprzyczepiane sznureczki, to one wolą rządzić się według własnej woli. Robią sobie siedziby pod poduszkami, plecionymi matami, pod sufitami, pod starymi dachami i oddają się wyłącznie złym uczynkom i nic nie można na to poradzić.
Gdy mysz wypowiadała te słowa, mnich obudził się i zobaczył, że już świta.

Następnej nocy we śnie przed mnichem stanął rudy, pręgowany kot i przemowił jak żywy:
-- Jesteś, o czcigodny, niezwykle poważany przez wszystkich i to dlatego nawet taka nędzna mysz, której ludzie nienawidzą, ośmieliła się przybyć do ciebie i opowiedzieć ci o różnych swoich sprawach, o czym natychmiast mi doniesiono. A tymczasem te myszy to jedna wielka zgraja heretyków. Czcigodny obdarzysz je swym miłosierdziem, a one z pewnoscią zaraz ci coś ukradną.
Zechciej mnie wysłuchać, gdyż chciałbym ci pokrótce opisać nasz rodowód. Mowię tak, jakbym się porównywał z myszami, ale jeślibyś nie znał naszego pochodzenia, mogłbyś nami pogardzać. -- Kot usiadł z wygiętym grzbietem i mowił dalej, zwężając źrenice:
-- Jestem potomkiem tygrysów, które budzą przerażenie wśród ludów Indii i Chin. Japonia jest małym krajem, dlatego też dotarlismy tutaj w takiej postaci, stosownej do jego wielkosci. Z tego to powodu w Japonii nie ma tygrysów. Ukochano nas już od czasów cesarza Engi i chowano u stóp dębu bądź za zasłonami. Znów od czasów ex-cesarza Goshirakawa trzymano nas blisko siebie, na smyczach. A skoro byliśmy uwiązani na smyczach, to choćby myszy przebiegały tuż przed naszymi nosami, mogliśmy tylko mysleć o ich łapaniu, ale nie łapać. Zaś kiedy chcieliśmy się napić wody, mruczeliśmy i miauczeliśmy, spragnieni, ale cóż mogliśmy zrobić, kiedy bito nas po głowach i karcono? Władamy mową, ale ponieważ jest to indyjski jezyk sanskrycki, ludzie w Yamato nie rozumieją tego, co slyszą. Krótko mówiąc, zabijano nas tymi więzami. Jednak miłosierdzie oświeconego jest tak rozległe, iż ogarnęło także nas, niegodne koty, zupełnie tak jakby Księżyc raczył zamieszkać w chacie nędzarza: zdjęto nam smycze i odjęto cierpienia, za co jesteśmy niezmiernie wdzięczni. Dlatego też zwracamy się do porannego słońca i nasze gardła rozbrzmiewają modlitwą o to tylko, by panowanie naszego władcy trwało aż pięśset osiemdziesiąt lat.
Mnich odpowiedział:
-- To, co powiadasz, kocie, jest doprawdy niezwykłe. Przypomnijmy sobie znaczenie czynu Nansena, który przeciął kota na pół -- wy, nawet kiedy rozcina się wasze ciała, nie zmieniacie swego nastawienia. Jednakże jest tu także pewna trudność, a moją zasadą jako mnicha jest, iż kiedy widzę coś takiego, nie mogę tego tak zostawić. Konieczne jest zaprowadzenie równowagi. Prawo przyczyny i skutku obraca się niczym koła powozu; ci, którzy oddają się wyłącznie zabijaniu istot żywych, umarłszy, rodzą się ponownie, a urodziwszy się -- umierają. Kto pogrąży się w kręgu transmigracji, temu trudno będzie uciec od przyczyn i skutków. Uważa sie, iż kto pozna pustkę, jaka jest natura wszystkiego, ten oddali się od wszelkiego zla narodzin i śmierci, zniszczy krąg transmigracji w trzech światach i sześciu wcieleniach i tym samym osiągnie wybawienie. Zaprzestańcie zabijania! Uczyńcie swoim pokarmem ryż zmieszany z ryba bonito, albo co powiecie na gotowane w słodkim sosie sardynki lub na śledzia, od czasu do czasu, na śniadanie czy kolacje?
Na takie pytanie kot odpowiedział:
-- Wprawdzie jest tak, jak powiadasz, czcigodny, jednakże racz najpierw wziąć i to pod rozwage. Człowiek dzieki ryżowi utrzymuje równowage swoich pieciu narzadów wewnetrznych i szesciu rodzajów wnetrznosci, zachowuje w dobrym zdrowiu rece i nogi oraz zrecznie przemawia. Podobno skarby z gór i morza służą temu, by uczynić ryż smaczniejszym. Podobnie my, ponieważ od bogów otrzymaliśmy je jako pożywienie, jemy myszy, dzięki czemu jesteśmy zdrowi, chodzimy i skaczemy, i myślę, że nie ustępujemy w niczym ptakom. Również to, że możemy w spokoju oddawać się drzemce w dzień, zawdzięczamy temu, iż jemy myszy -- dlatego też trudno byłoby nam odtąd pogodzić się z rezygnacją z nich. Zechciej to, czcigodny, rozważyć.
Na takie słowa nawet ten obdarzony niezmiernie głębokim miłosierdziem szacowny mnich nie zdołał znaleźć odpowiedzi i tylko ronił lzy, całkiem upadłszy na duchu.

Gdy obudził się z tego snu, o świcie znów zapadł w drzemkę, a wtedy stanął przed nim mysi biskup i wyrzekł te słowa:
-- Tak czy inaczej, dłużej nie jesteśmy już w stanie wytrzymać tego, co się dzieje w stolicy.
Zebrały się myszy z dolnego i górnego Kyoto, rozesłane zostały wiadomości, a następnie grupa z Nishijin zgromadziła się u podnóża góry Funaoka, grupa z Kogawa w zagajniku w Goryo, grupa z Tachiuri w zagajniku przy świątyni Shokokuji, grupa z Juraku w lesie w Kitano, grupa z dolnego Kyoto w pawilonie Rokkakudo, i gdy się tak wszystkie zebrały, rozpoczęły narady. Jedna z myszy, o szczególnie rozważnej twarzy, wystąpiła naprzód i tak przemowiła:
-- Jeśli tak dalej pójdzie, w końcu nie będziemy mieć innego wyboru, niż pożegnać się z życiem. Cóż możemy zrobić, by jeszcze trochę pożyć? -- i tak rozpoczęła się dyskusja.
-- Od wprowadzenia owego zarządzenia w stolicy minęło już pięćdziesiąt dni, a tymczasem my przez ten czas nawet nie tknęliśmy jednej rybiej ości, ani nawet nie powąchaliśmy smażonego w oleju tofu czy pieczonego kurczaka. Myśląc tylko o tym, czy nie natkniemy się na wielmożnych panów koty, niedługo sami pomrzemy wszyscy z głodu.
Ale coś przyszło mi do głowy: słyszałem ostatnio, że w prowincji Omi przeprowadzano badania gruntów, więc chłopi nie zżęli jeszcze ryżu, by można było ocenić wysokość należnych podatków, i to jest pewna wiadomość. Udajmy się tam na razie, na zimę, niech nasze żony i dzieci skryją się pod kłosami ryżu, a gdy nadejdzie nowy rok i zrobi się cieplej, powierzając się w opiekę Jizo z Konomoto w północnym powiecie przeniesiemy się w góry, które rozciagają się po prawej i lewej rece: Ikagayama, Okudaniyama, Ibukiyama, choć to straszne miejsce, czy do Sekigahara, Samegai, Surihari, Sawayama, Takanohata, Tokoronoyama, Hakusanjisan, Kamikamonokonarinohata, Fuseyama, Nunobikiyama, Kan'onji, Hachiman'yama, Kagamiyama, Asahiyama, Washinoonoyama w powiecie Ko, do wiosek i siół, Mikamiyama, Shigarakiyama, Ishiyama, Awazu, Matsumoto, Uchidenohama, Nagarayama, Onjoji, Enryakuji, Sakamoto, Katata, Hira, Komatsu, w okolice bóstwa Shirahige, Uchioroshi, Imazu, Kaizu, Shiotsu, Shiganoura, a jeśli udało by się przepłynąć statkiem, to także na Chikubushima, do Chomenji, Okinoshima i w inne miejsca. Bedziemy żywić się wygrzebanymi z ziemi górskimi ziemniakami i korzeniami orlicy, i myslę, że tak przez jakiś czas zdołamy związać koniec z końcem.
W tej chwili żałuję przede wszystkim tego, że wkrótce będzie Nowy Rok, a choć planowaliśmy, że na pociechę w deszczowe wiosenne dni będziemy objadać się świątecznymi mochi w kształcie lusterek czy płatków kwiatów, smażonymi, suchymi i słodkimi ciastkami ryżowymi, bawić się i piszczeć w głos, to, niestety, ścigają nas wielmożni panowie koty i musimy się wycofać. jednakże mamy swoja odpłatę, kiedy widzimy, że i panowie koty są ganiani to tu, to tam przez potężne psy i wreszcie padają gdzieś na skrzyżowaniach dróg, czy nad brzegami rzek, z futerkami zmoczonymi deszczem i ubrudzonymi ziemią.

Tak dodając sobie siły myszy rozeszły się w różne strony. Były wśród nich i takie myszy, które z dawna zamieszkiwały na dworze cesarskim lub w szczególnie szacownych klasztorach, i te ułożyły takie oto trzy nieforemne pieśni:

Kota, który mysz łapie, ściga pies; ten, który goni, jest także goniony

Z tego świata, w którym mnie już nie będzie, chciałbym mieć choć jedno wspomnienie, w którym nie ma kotów

Straszne jest światło, które błyska w oczach kota nastawiającego czujnych uszu, gdy tylko się piśnie

Zaś mnich pomyślał, iż jeśli rozpowie tę historię, to mogą rozejść się płotki, że oszalał; dlatego też zdecydował się ukryć ją przed ludźmi. I tylko jednemu przyjacielowi przedstawił ją jako igraszkę snów. Ten zaś odrzekł:
-- Jednakże, tak jak powiadasz, o czcigodny, myszy stało się mniej. Nie kradną nam już niczego ani nie biegają nam po poduszkach. Takich wspaniałych rzadów nie było od najdawniejszych czasów aż do dziś. I nasz władca, i jego lud cieszą się dostatkiem. Po wiek wieków trwa szczęśliwość i można żyć beztrosko.

(przekład własny z oryginału)


(C) 2000 Anna Zalewska